sobota, 5 lipca 2014

Z dawnych lat

-
No bo nie wiem. Meczy mnie to. Nie wiem, czy po tylu przejściach… coś jeszcze da się zrobić. Mogę być szczery?- zapytał, spoglądając na mnie tymi swoimi piwnymi oczami.
-Musisz- odparłam, spuszczając wzrok na chodnik, i uśmiechając się delikatnie, lecz  z przekorą.
-Choć nie mam ochoty tego słuchać- dodałam po chwili.
 -Ja już nie wiem, co robić. Dręczy mnie przeszłość. Czy po czymś takim mogę ci całkowicie zaufać? Czy… dla tego wszystkiego jest jeszcze jakaś nadzieja? Czy ot tak możemy się bawić we fluktuacje, raz jest tak, raz srak, raz się kochamy, raz się nienawidzimy… Przepraszam że tak nagle. Po prostu… Ugh, nie wiem co robić z ludźmi. Mam wrażenie że wszyscy są przeciwko mnie- nakręcił się  mój towarzysz, a ja tylko słuchałam go, zapatrzona w chodnik, i coraz smutniej się uśmiechałam.
Czyli to oficjalnie koniec pięknego dnia.
-Znam to.  Zadawałam sobie te same pytania. Próbowałam ustalić to samo odnośnie naszej relacji. Już dawno, w marcu, kwietniu, a mamy lipiec! Do tej pory pamiętam twoje słowa gdy chciałam coś wyjaśnić. Robie sceny, wymyślam, masz mnie dość- prychnęłam, spoglądając na niego.
Nie wiedziałam do czego ta rozmowa zmierza, nie wiedziałam, właściwie w tym momencie niczego.
Nawet tego, czy chce to wszystko ratować, czy mam to w dupie.
Ale jeśli to w końcu ma być ten koniec, to przynajmniej się nagadam.
-Kurde, Jack, nie wiem co ci niby takiego zrobiłam. Ty nigdy nie chciałeś mi powiedzieć. Nawet nie wiem jak się bronić, co ci wytłumaczyć. Nie wiem kto ci co nagadał, mogę się jedynie domyślać kto i co. Ale… ja sama nie wiem, Dużo czasu minęło Jack. Już nie jest tak jak kiedyś- zakończyłam, mrugając. Przecież nie można okazać emocji
-Ech… Jestem w dupie tak bardzo. Nawet nie wiem co powiedzieć-.
-Bo powinniśmy załatwić to już dawni temu-
-Mam wrażenie że zamieniłaś mnie w kogoś, kim nie jestem- wypalił nagle brunet. Stanełam jak wryta, i spojrzałam na niego.
-Zmieniłam cie? W jakim sensie?- powiedziałam, całkowicie roztargniona.
Chłopak westchnął, i po chwili namysłu zaczął:
- Ty zawsze białas taka sama. To ja byłem inny. Czemu teraz się ograniczam?-
W tamtym momencie zupełnie zgłupiałam. Stałam na chodniku jak zupełna idiotka, niczego nie rozumiejąc. Przez głowę przebijało mi się tysiące myśli. Ja…. Ja niczego takiego nie zrobiłam. Wręcz przeciwnie, byłam jedyną osoba, która akceptowała go w pełni, takiego jakim jest, ze wszystkimi jego wadami i spaczeniami. Nigdy nie chciałam go zmieniać, nigdy tego nie próbowałam, nigdy mi to nawet przez myśl nie przeszło….
Może on próbował się zmienić, aby już więcej mnie nie ranić. Ale skoro tak, skro zrobił to z własnej woli, i ja nawet o tym nie wiedziałam, to czemu mi to wypomina? Czemu mówi że to moja wina?
- Jak się ograniczasz? Ja od ciebie przeciez niczego nie wymagam…- zaczełam, ale on był już przy zupełnie innym temacie.
-A ty… mogłas nikomu nie rozpowiadać Dusiłem to w sobie. Ale o to mam głównie żal. O prywatne sprawy. O wysmarowanie dupy.-
-Jack… Nie wiem co usłyszałeś. Nie umiem się bronić- powiedziałam, ponownie uciekając wzrokiem. Tak bardzo nie wiedziałam co robić…
-I nie wiem, czy to ja mam problem ze sobą, czy to ty masz, czy to otoczenie próbuje nas skłócić- zakończył swuj wywód chłopak.
Poczułam pod powiekami łzy. Nie, nikt nie zobaczy mnie w rozsypce. A już na pewno on nie może zobaczyć, jaki ma na mnie wpływ. Jednak nie mogłam powstrzymać potoku słów, który nagle przeciskał się przez moje usta.
-Nie rozumiesz tego? Miałeś mnie. Może nie jestem ideałem, ale dla ciebie byłabym wszystkim, czego byś sobie zapragnął. Byłabym zawsze przy tobie. Gdybyś trafił do szpitala, byłabym pierwsza która cie odwiedzi. Gdybyś zadzwonił w środku nocy, i poprosił abym przyjechała, poruszyłabym niebo i ziemie by się przy tobie znaleźć. Gdybym zobaczyła cię płaczącego, zrobiłabym wszystko, aby polepszyć ci nastrój, i skopałabym tyłek temu kto cie zranił. Byłabym aniołem, diabłem, motywacyjnym kopem w dupe, i lekiem na uspokojenie. Byłabym kołysanką,  obrońcą, kumplem, przyjaciółką, dziwką i świętą. Wszystkim, czego bys potrzebował. Nie rozumiesz naprawdę? Mogłabym dać ci wszytko, ale ty jesteś pierdolonym idiotą, i tego nie doceniasz. Ty wolisz strzelać te swoje pierdolone fochy bóg wie o co, ty wolisz robić sceny, i kazać wybierać osobą którym na nas obojgu zależy. Powiedz mi tylko po co? O co walisz te fochy? Czemu wciąż się odcinasz, zostawiasz mnie? Czemu….-
-Nie wiem. Naprawdę nie wiem, nie pamiętam. Przykro mi…- odpowiedział, ale ja już nie miałam sił.
Czułam jak wściekłość powoli wyparowuje z mojego ciała. To źle. Tak długo jak jestem wściekła, nie rozsypię się.
-Więc to koniec?-
-Nie wiem. Przemyślę to- rzucił Jack na odchodne.
Nie chciałam na niego patrzeć. Tak bardzo go w tamtym momencie nienawidziłam. Ale jakaś siła nie pozwoliła mi odejść. W moim wnętrzu toczyła się walka.
A co jest najśmieszniejsze, my nigdy nie byliśmy parą. Oficjalnie jesteśmy przyjaciółmi. Nie ma nazwy na stan, w jakim się znajdujemy. Nigdy nie będziemy para, ale zawsze czymś więcej niż przyjaciele…
-Ok., ale pamiętaj że nie tylko tobie jest ciężko, i nie tylko ty masz nad czym myśleć- przypomniałam mu spokojnie.
-Wiem. Zdaję sobie z tego sprawę. Chyba niepotrzebnie tak z tym nagle wyskoczyłem…-
-Jack, chce wiedzieć jedno. Czy tobie kiedykolwiek tak naprawdę zależało?- padło pytanie, nad którym nie umiałam zapanować. To takie chore, zawsze byłam pewna że gdy ono padnie, będę się czuła zdenerwowana, będę czekać niecierpliwie na odpowiedź, będzie mi wręcz niedobrze. A tym czasem ja stałam tam, całkowicie obojętna, jakby załatwiając formalność, która ciągnęła się za długo.
Bo tak można nazwać naszą relacje Ciągłe fochy, i powroty, kłótnie, dogryzanie sobie…
-Owszem. Ale potem… wszystko się popsuło…- odpowiedział po chwili ciszy chłopak.
Nie umiem opisać co w tedy poczułam. Momentalnie ogarnęła mnie pustka, a jednak nic mnie to nie obchodziło. Zrobiło mi się tak niewyobrażalnie przykro, i miałam to zupełnie gdzieś.
Tak, ta relacje już od dawna nie miała sensu, ale mimo wszystko żadne z nas nie umiało jej zakończyć.
Jak to kiedyś określił Jack: „zabawne jest to że występują sytuacje, w których nikt nie rozumie nas lepiej niż my siebie. Może jakąś siła wyższa sprawia, że niektórych relacji nie da się tak po prostu zakończyć. Niektórzy, mimo sprzeczności, są sobie potrzebni. Sprzeczamy się, ale przy tym potrzebujemy kogoś takiego samego. Kto w krytycznych sytuacjach będzie nas mimo wszystko wspierać”.
I to by było najlepsze wytłumaczenie. My się na przemian kochamy lub nienawidzimy. Nie ma nic pomiędzy. I to jest chore. I nienawidzę  siebie za to, że choć wierzę w to że mam na niego wyjebane, i choć mnie wkurza, i choć go nienawidzę, i tak zawsze mu wybaczę, i tak chce aby był obok, i tak będę przy nim mimo wszystko zawsze.  To słabość. A ja nienawidzę wszelkich przejawów słabości.
Nie wiedziałam co powiedzieć. Czy to już koniec? Tym razem taki całkowity?
-Dobrze. Pa- powiedziałam w końcu, odwracając się.
Kurwa, jak to boli. Jak to cholernie boli.
Czemu to zawsze tak wygląda?
To chore. Już dawno powinnam to zakończyć. Więc czemu tego nie zrobiłam?
To proste.
Bo chyba, cholera, mieliśmy racje. Musimy być jakimiś pierdolonymi bratnimi duszami…


Jednak wena pisania jest większ odemnie. Macie tu obiecaną kiedyś serie "Z dawnych lat" XD

A, i dziekuję brdzo za miłe słowa. Kochani jesteście *_*
I przepraszam, za oja ługa nieobecność, takze na waszych blogach. Postaram się to nadrobić :3

sobota, 3 maja 2014

Uwaga, Uwaga!!!

Ok, hymm.... jak by to powiedzieć. Wiec, wiecie że załozyłam nowego bloga. Nie miałam jednak czasu, więc była spory zastuj w jakiejkolwiek mojej dziłalności, na czymkolwiek. Ale teraz wróciłam, i jestem gotowa do pisania :)

Odrazu pragne tu wspomnieć, że na tym blogu nie będą ukazywac sie już posty. Wszystkie rzeczy, które chciałam wykorzystac do serii "Z dawnych lat", zostaną zamieszczone w mojej nowej histori, tak że serdecznie zapraszam na bloga, także moich starych czytelników, i fanów Kim i Jacka. Historia tam zamieszczona nie bedzie się znacznie róznić od tej, która planowałam zamieścić tutaj :)


A oto link do najnowszego bloga. Mówcie, co myślicie ;):
http://onelife-onehappiness.blogspot.com/

czwartek, 30 stycznia 2014

Oto on :D

Oto mój najnowszy blog. Zapraszam :)
Jutro pojawi się pierwszy rozdział. Wybaczcie, nie mam czasu :(

http://onelife-onehappiness.blogspot.com/


Wybraliście

Jak w tytule :). Wybraliscie opcjie numer 1, co mi bardzo schlebia. Dziekuję że chcecie czytac moje głupoty :).
Mam kilka pomysłów odnośnie opowiadania, lecz w końcu zdecydowałam sie na najnormalniejsze opowiadanie o młodzieży, i ich życiu codziennym. Wiem, brzmi bardzo nudno, lecz uwierzcie, sołożę starań by takie nie było ;).
Co do innych opowiadań, pomyslałam że moga byc zbyt derastyczne, i wymagają dużo więcej pracy, a nie mam zbyt duzo czasu, wiec w tedy posty wychodziły by żadziej. Ale kto wie, może jak uzbiera mi sie wystarczając liczba rozdziałów, i chetnych do czytania, kiedys je upublikuje?. Zobaczymy.

Tak wiec nowy bog pojawi sie juz dziś, pewnie jszcze przed godzina 16, a pierwszy rozdział napewno przed 19. Link będzie podany na tej stronie, tak wiec serdecznie zapraszam :).
Kocham was.
Ola :*

piątek, 24 stycznia 2014

Zdecydujcie

Hej, to znów ja! ;)
Pisze, by się was poradzić. Z tym blogiem praktycznie nic mnie już nie trzyma. Zakończyłam tę historie, jedyne co jeszcze sprawia że jak coś będę tu publikować to WY- moi wspaniali czytelnicy.
Takim oto sposobem mam dla was propozycje:
1. Założyc nowy blog, z zupełnie innym opowadaniem.
2.Całkowicie zaprzestac pisania
3.Od czasu do czasu coś dodawac na tym blogu, ale to raczej baaaaaaardzo żadko :/

I co wy na to? Piszcie w komantarzach :)

poniedziałek, 23 grudnia 2013

Epilog


-Jack! Jack!- usłyszałem najpiękniejszy na świecie głos.
Głos, na którego dźwięk moje serce zaczynało bić szybciej. Głos, który przypominał mi wszystko co dobre, który dawał mi… Szczęście. Odwróciłem się szybko. Byłem na latarni morskiej. Słońce zaczynało dopiero wschodzić, odbijając się delikatnie w granatowej wodzie, jednak nie zwracałem na to uwagi. Przede mną stała Kim. Moja Kimi. Cała i zdrowa. Stałem jak zaczarowany. Jak zawsze była olśniewająco piękna. Długie do kolan, złote włosy delikatnie rozwiewał ciepły, czerwcowy wiatr. W turkusowych oczach iskrzyły się wesołe, a zarazem lekko złośliwe chochliki, gdy ich właścicielka wpatrywała się we mnie z taka miłością, że aż zapierało mi dech. Jej wspaniałe ciało przyobleczone było w długą do ziemi, czarną suknie, identyczną do tej, którą miała na balu. W ogóle wyglądała prawie identycznie jak w tedy na balu.
-Jackie, czemu przede mną uciekasz?- zapytała, a jej idealnie wykrojone, pełne, blado różowe usta poruszyły się. Jezu, tak bardzo chciałbym ja pocałować!
Mimo wszystko nie zrobiłem ani jednego ruchu. Bałem się, że gdy tylko chociaż poruszę palcem, moja ukochana zniknie. Dziewczyna, jakby czytając w moich myślach, zaśmiała się. Wpatrywałem się w nią oszołomiony. Była taka piękna, taka olśniewająca, taka doskonała! Gdy się zaśmiała, słychać było jakby miliony malutkich dzwoneczków. Byłem oczarowany. Jak zawsze zresztą.
Zupełnie niespodziewanie Kim zrobiła kilka dużych kroków, i znalazła się niecały metr przede mną. Właściwie, dzieliło nas kilka centymetrów. Dokładnie teraz widziałem bladość jej skóry, złote refleksy czające się gdzieś w tych nieziemskich oczach. Moja towarzyszka uśmiechała się do mnie jednocześnie słodko i przebiegle, przekrzywiając rozkosznie głowę. W tedy poczułem że już dłużej nie wytrzymam. Po prostu musiałem ją pocałować. Pragnęła tego każda komórka mojego ciała. Nie myśląc długo, pochyliłem się i wpiłem usta w jej idealne wargi. Całowałem ją namiętnie, łapczywie, jakby świat właśnie się kończył. A ona nie pozostawała mi dłużna. Oddawała każdy pocałunek, z taką żarliwością, jakby był jej ostatnim. I w tedy nagle, wszystko zniknęło.
Zniknęła biała ścian latarni, do której była przyparta moja ukochana. Zniknęły metalowe kraty pod naszymi stopami. A w końcu zniknęła sama Kim, a ja obudziłem się.
Była 6 rano,  15 wrzesnia 2033r.- 20 rocznica śmierci Kim.
Westchnąłem. Minęło już 20 lat, a ja wciąż się czuję, jakby to było wczoraj. Tak naprawdę, pomimo tych 20 lat, nadal do mnie nie dotarło tak do końca, że Kimi nie żyje. Owszem, przyjąłem to do świadomości. Wiedziałem o tym. Pogodziłem się z tym. Lecz nadal czułem się, jakby moja ukochana tylko wyjechała, tak jak w tedy, do Nowego Jorku, a ja czekał aż wróci. I mimo że wiedziałem że nie wróci, już nigdy, to i tak nie mogłem się pozbyć tego uczucia.
Westchnąłem ciężko, podnosząc się jednocześnie z mojego gigantycznego, królewskiego łoża.
Pierwsze pięć miesięcy po śmierci Kim było koszmarem. Chodziłem nieprzytomny, zamroczony wspomnieniami. Wciąż, wszędzie i na nowo widziałem ukochaną. Gdy szedłem ulicą, podczas zakupów, w dojo- wszędzie. Widziałem jak się uśmiecha, jak podchodzi do mnie… Nie mogłem znieść życia bez niej. Chwała bogu, pomogli mi rodzice, a także Jerry i Milton. Eddi po śmierci Kim wyjechał do szkoły z internatem. Myślę, że kochał się w niej, i musiał poukładać sobie kilka spraw.
Pogrzeb Kim był jak ona: piękny, wspaniały, niesamowity. Biała trumna, niewyobrażalna liczba ludzi, marsz żałobny, a na sam koniec, zgodnie z jej życzeniem, puszczono Queen „ Who wants to live forever”
Kim w trumnie… „NIE”- powiedziałem sobie. Nie będę rozdrapywać ran.
Tak więc wróciłem na chwile do rzeczywistości. Przez ostatnie 20 lat nauczyłem się żyć z tym wszystkim. Jednak zawsze w rocznice śmierci, nie wiedzieć czemu, bawiłem się w masochistę, i wspominałem wszystko. Ciężar ciała dziewczyny, gdy odparowały z niej resztki życia w tedy na dachu. Sposób, w który ostatni raz powiedziała że mnie kocha. Nasz ostatni pocałunek. Świadomość, że już nigdy jej nie zobaczę. Jej pogrzeb. Ją w trumnie. Gdy chowano tę trumnę pod ziemią. Gdy zasypywano moja biedną Kim. Pierwsze dni bez niej. Ten ból, pustkę, rozpacz…
Złapałem gwałtownie powietrze. Te wspomnienia nadal bolały.
Minęło 20 lat. Pewnie zapytacie co się podczas tych 20 lat zmieniło? Wszystko i nic.
Jerry i Grace zamieszkali w Nowym Jorku. Obydwoje odziedziczyli firmy po swoich rodzicach. Maja trójkę dzieci: 2 chłopców i jedną dziewczynkę, Kimberly Dianę Anastazje Martinez. Owszem nazwano ja na cześć Kim.
Jerry i Grece wzięli ślub. Dziewczyna nie wzięła sobie pierwszej druhny. Miejsce obok mnie było puste. Jak stwierdziła, zgodnie z Jerrym: „To miejsce należy do Kim. Nikt nie może jej zastąpić”. Byłem im za to dozgonnie wdzięczny.
Milton razem z Julią w końcu się odważyli i również założyli rodzinę. Mają jak na razie jedno dziecko, chłopczyka, Aleksandra. Nie sądzę by zdecydowali się na większą rodzinę.
Oboje zostali uznanymi lekarzami. Milton został neurochirurgiem, a jego żona kardiochirurgiem. Nikogo to nie zdziwiło.
Z Eddi’m urwał nam się troszkę kontakt. Nie wrócił już po śmierci Kim. Po szkole zamieszkał gdzieś w Arizonie. Podobno tam założył rodzinę, lecz dokładnych informacji nie posiadam.
A ja? Nadal tu jestem. Gdzie indziej miałbym mieszkać? To tu spoczywa Kim, to tu, właśnie w tym mieście przeżyłem najpiękniejsze chwile mego życia. Jedyne co zrobiłem, to przeniosłem się z mojej willi, do posiadłości Crawfordów. Co prawda, należała ona do ojca Kim, lecz ten, po śmierci córki, nie chciał mieć z nią nic wspólnego.  Owszem, bardzo często mnie nie ma. Poszedłem w ślady ojca i zostałem ambasadorem. Dodatkowo nadal trenuję karate. Ale teraz profesjonalnie. Jestem uznanym olimpijczykiem. Tak wiec całymi tygodniami potrafiłem nie być w domu. Mimo to, nie zniósł bym myśli, że domem mógłbym nazywać inne miejsce.
Jestem sam. I będę sam aż do końca życia. Nie, nie robię z siebie męczennika. Po prostu nie czuję potrzeby z nikim być. Kim była moja bratnią duszą, a gdy odeszła, wiedziałem, ze nie chce nikogo innego. Nie, nie żyję w ciągłym żalu. Jak już mówiłem, pogodziłem się ze stratą ukochanej. Naturalnie, wciąż za nią tęsknie i nadal mi smutno z tego powodu, lecz nie rozpaczam. Wieże, że Kim patrzy teraz na mnie z nieba, uśmiecha się i szepcze że mnie kocha. Że jest szczęśliwa. Ta myśl dodaje mi codziennie sił. Przeszedłem długą, wyczerpującą terapię. Nadal jestem pod obserwacją psychologów, lecz mogę w pełni powiedzieć, że jestem szczęśliwy. To trudne to wytłumaczenia. To inny rodzaj szczęścia, niż ten, który byłby, gdyby Kim żyła i założylibyśmy rodzinę. To szczęście płynie z wiary, że ona nadal tam gdzieś jest, czeka na mnie, i nakazuje mi cieszyć się życiem. Cieszyć się tym, że dziś wzeszło słońce. Że róża jest tak intensywnie czerwona. Że mam ludzi, których kocham. Że mam po co żyć.
Czy śmierć Kim cos zmieniła w naszym życiu? Na pewno. Uświadomiliśmy sobie wszyscy, że trzeba Cieszyc się z najbardziej błahych spraw. Kim nauczyła nas, że nie wolno odczuwać strachu. Że nie trzeba bać się śmierci, tylko dzielnie stawić jej czoła. Że życie jest tak piękne, wspaniałe i wyjątkowe, że nie wolno go zmarnować. Dzięki niej wszyscy nauczyliśmy się lepiej żyć.
Naturalnie, najwięcej zmieniło się w moim życiu. Z początku na gorsze. Jednak teraz, z perspektywy czasu, widzę, że tak naprawdę dzięki temu jestem silniejszy. Widzę, co mam, i doceniam to każdego dnia. Nadal kocham Kim. Moje uczucie do niej pozostaje niezmienne. Nie zmieniło się przez 20 lat, i wciąż jest tą samą, gorącą, płomienną miłością jaką była na początku.
Tak naprawdę, śmierć Kim wszystkich nas do siebie zbliżyła. Nawet teraz, gdy wszyscy mieszkają w różnych miejscach, czasem i krajach, nadal się spotykamy.
Często też wspominamy Kim. Wszyscy wiemy, że tego by pragnęła: abyśmy po jej śmierci nie załamywali się, byli silni, a jednak pamiętali o niej. I tak jest. Pamiętamy. Nie tylko my, lecz wszyscy. Cały świat.
Kim zmarła jako bohaterka. Poświęciła swe życie w zamian za tysiące innych. Świat był poruszony. Dodatkowo Kimi  sama w sobie była celebrytką. Gazety rozpisywały się o pechu prześladującym rodzinę Crawfordów,  o tym, jak bohatersko zginęła moja ukochana.
Przy grobie Kim zawsze leży pełno kwiatów, zniczy, podziękowań. Ta dziewczyna nauczyła nie tylko nas jak żyć, lecz wskazała drogę całemu kraju. Co chwila w gazetach pojawia się jakiś artykuł, jak to Kim natchnęła kogoś do życia, do spełnienia marzeń. Przy jej grobie powstała nawet specjalna, zakopana w ziemi skrzynka, z otworem jak przy skarbonce, tylko większym. Ludzie wypisują na kartach swe podziękowania, lęki, marzenia, prośby i tam wrzucają.
Przez śmierć Kimi zdałem sobie także sprawę że w dzisiejszych czasach ludzie potrzebują przewodnika. Kogoś, kto wskaże im drogę, pokaże jak żyć. Kim zawsze marzyła, by być kimś takim. Jej marzenie się spełniło.
Westchnąłem, i wyszedłem z pod prysznica. Tak, zawsze będę kochał Kim. I dlatego spełniam jej prośbę. Nie załamuje się. Cieszę się życiem.
Nagle po domu rozległ się sygnał mojej komórki. Szybko zarzuciłem na siebie granatowy szlafrok, i popędziłem do przedpokoju.
-Halo?- odebrałem
-Hej Jack, dziś jak zawsze, o 15 w dojo?- zapytał Jerry wesołym głosem. Uśmiechnąłem się delikatnie.
-Owszem-
-Super. To do zobaczenia!- rzucił i rozłączył się. W tle usłyszałem jeszcze płacz dziecka.
 Westchnąłem, i wszedłem do salonu. Jak zawsze mój wzrok pokierował się najpierw na gigantyczne zdjęcie przedstawiające mnie i Kim podczas balu, zaraz po koronacji. Uśmiechnąłem się i udałem do sypialni. Tam również widniało wielkie, misternie oprawione w masywna, złota ramę zdjęcie. Wisiało ono akurat na wprost mego łoża, tak że za każdym razem, gdy tylko się budziłem, spoglądałem akurat na nie. Co przedstawiało zdjęcie? Naturalnie moją ukochana Kimi. Zdjęcie było zrobione podczas naszej wycieczki po Yale. Rozpromieniona Kim wpatrywała się w aparat swymi roześmianymi, pięknymi oczami, a jej wspaniałe usta wykrzywione były w radosnym uśmiechu. Wiatr lekko rozwiewał jej włosy, tworząc z nich jakby aureolę. Słońce delikatnie oświetlało jej twarz, tworząc wspaniały światłocień. Stałem chwilę pod zdjęciem, przyglądając mu się ze smutnym uśmiechem.
-Już w tedy byłaś moim aniołem- rzuciłem w przestrzeń, przymykając oczy i przypominając sobie jak wypowiadała swe ostatnie słowa…                                                                                                                                                                                                                       


Ok, wiec to juz oficjalnie koniec. I tak nie bedziecie tęskjić, wiec.... 

sobota, 21 grudnia 2013

Wielki Finał cz. 4- Zupełny koniec


-Tak, a jaką mam gwarancje, że nie uciekniesz, ani mnie nie postrzelą gdy już oddam pilota?- zapytał Ricky z chytrym uśmieszkiem. Spojrzałam mu prosto w oczy, wyciągając jednocześnie rękę.
Chłopak spojrzał na nią, potem w moja twarz, znów na ramię, i ponownie w moje oczy. Na jego twarzy zakwitło zdumnienie. Westchnęłam. Moje serce biło jak szalone. Wiedziałam, że właśnie podpisuje na sobie wyrok śmierci. Lecz, co było dziwne, moja głowa była zupełnie pusta. Ani jednej myśli….
-Złap mnie za rękę, i przykuj do słupa. Oddasz im pilota, a ze mną zrobisz co tylko będziesz chciał- powiedziałam zaskakująco donośnie.
Chłopak przez chwilę rozważał te opcje. W końcu wyjął skradzione kajdanki i jedną z nich założył mi na nadgarstek, a drugą na metalowy słup. Potem rzucił tylko pilota w dół, nawet nie patrząc gdzie upadnie. Na trawniku podniosła się mżawka, lecz my nie zwracaliśmy na nią uwagi. Mierzyliśmy się tylko wzrokiem, stojąc niecały metr od siebie. Wiedziałam że umrę. Wiedziałam to, od kiedy tylko się pojawiłam na tym dachu. Wiedziałam, że już dłużej nie zdołam się wywinąć śmierci. Mimo wszystko moje oczy były całkowicie suche. Głowę miałam uniesiona wysoko. Chce, by właśnie tak mnie zapamiętano. Mogę zginąć, lecz nie umrę skulona, zapłakana. Nie umrę błagając o litość. Umrę z wysoko uniesioną głową, z honorem, odwagą. Do samego końca pozostanę sobą.
Po kilku chwilach ciszy Ricky uśmiechnął się psychopatycznie.
-Oh, Kimi…. Taka piękna, taka odważna, taka doskonałą… Nie szkoda ci umierać? Rozejrzyj się- rozkazał, lecz me spojrzenie nadal było utkwione w jego twarzy. Chłopak roześmiał się donośnie i podszedł do mnie. Wziął  moją twarz w dłonie, ścisnął mocno i obrócił. Moja głowa stawiała mocny opór, więc kiedy mnie w końcu puścił, cały kark okropnie bolał. Ricky nadal ironicznie się uśmiechał.
-Taka dzielna. Taka twarda…. Boisz się pokazać słabość, prawda? Uważasz że pokazanie uczuć, bólu, nienawiści, smutku, to słabość? A ty się boisz słabości….- zaniósł się przerażającym chichotem.
-Nawet w tedy w kopalni, gdy cie biłem, gdy cie torturowałam i głodziłem, nie pokazałaś żadnych emocji. Twoja cudowna buźka była z nich całkowicie wyprana…. Jakbyś nic nie czuła. A ja tak pragnąłem zadać ci ból. Więc męczyłem cie jeszcze bardziej… A tu nic!- wykonał jakiś dziwny ruch dłońmi, po czym nimi klasnął- Ale to nic, to nic….-
-Ricky, czemu?- zapytałam tylko. Chłopak spojrzał mi prosto w oczy.
-Przecież wiesz, czemu- odpowiedział wesołym głosem. Pokiwałam głową.
-Ricky, ludzią co chwila przytrafiają się gorsze rzeczy. Moim zadaniem to nie powód, by aż tak się mścić- wyjaśniłam, patrząc mu w twarz, jednak jej wyraz się nie zmienił.
-Mylisz się kochanie. Dla mnie to idealny powód- odparł, podchodząc bliżej.
-I szkoda, że tak to się musi skończyć… Widzisz, było mnie pocałować te 4 lata temu… W tedy nawet nie przypuszczałaś, że to, ten jeden głupi pocałunek, będzie powodem twojego upadku.  Nie przypuszczałaś, że zginiesz w wieku lat 18, zamordowana na oczach całego świata przez była gwiazdę muzyki pop- zaśmiał się delikatnie, błądząc dłońmi po mojej twarzy.
-Masz rację. Nie przypuszczałam że zginę tak- odparłam, mierząc go spojrzeniem.
Może właśnie o to chodzi? Może to nie moje zachowanie było przystosowane do tego, do tej konkretnej sytuacji, lecz to właśnie ta sytuacja wyniknęła z mojego zachowania. A jeśli tak jest, to czy sama podpisałam na sobie wyrok śmierci, te kilka lat temu, gdy całkowicie straciłam wiarę w ludzi? Czym właściwie było dla mnie życie? Czy tylko bieżącymi problemami, które musiałam rozwiązać, a może darzeniem do doskonałości i przyjemności? Cokolwiek zrobiłam kiedykolwiek, i cokolwiek uważałam, to i tak już nie miało znaczenia. Umierałam. Teraz, właśnie w tym momencie.  I nie ważne co teraz powiem czy zrobię, nie ważne, że będę szczerze żałować i obiecam poprawę- to nic mi już nie pomoże
-Mam coś dla ciebie na pocieszenie… Zginiesz jako bohaterka. Uratowałaś tyle słodkich dzieciaczków, tyle chorych pacjentów, tyle niewinnych ludzi- pokręcił głową, wyciągając z kieszeni pistolet i strzykawkę. Złapałam gwałtownie powietrze.
-Wiesz, że jak tylko mnie zabijesz, oni cię złapią? To aż zabawne, ty… zniszczyłeś mi życie. Torturowałeś mnie, poniżałeś, porwałeś. Zabiłeś mi matkę. Teraz zabijesz mnie. I co za to dostaniesz? Co najwyżej dożywocie, lub karę śmierci… Wow, ale się namęczysz- zaśmiałam się delikatnie, a w moim śmiechu zabrzmiały tysiące dzwoneczków.
Byłam już zmęczona. Nie miałam sił. Myśl, że już nigdy nie otworzę oczu zaczęła mnie trochę przytłaczać. Jednak trzymałam się dzielnie.
-O nie Kimi! To nie takie łatwe, widzisz, ostatnio zdałem sobie sprawę, że jedyne co mnie trzyma przy życiu, jest zemsta na tobie! I tak sobie pomyślałem: a co będzie, kiedy w końcu ją zabiję? Hym… W tedy w końcu zrozumiałem! Przy życiu podtrzymuje mnie jedynie żądza zemsty. Kiedy cię zabiję, nie mam po co żyć! Tak więc, najpierw wykończę ciebie, a potem sam zakończę swój kiepski żywot… Odpowiada?- zapytał, wskazując na leżące na szybie przedmioty.
-Pistolet czy trucizna?- zapytał, jakby był miłym sprzedawcą w centrum handlowym, a nie jakby pytał o środek jakim ma mnie wykończyć. Zaśmiałam się z komizmu sytuacji.
Tak oto miałam sama sobie wybrać, czym wole być zgładzona. Wow, miałam wpływ na to jak zginę! To i tak dużo.
-Trucizna- wybrałam szybko. Odpowiedź była łatwa. Chłopak uśmiechnął się przebiegle.
-Tak myślałem że to weźmiesz. To chyba najlepiej oddaje ciebie prawda? Działasz wolno, niszcząc od środka i zabijając powoli, aż w końcu wykańczasz- zaśmiał się, podniósł strzykawkę i zbliżył się do mnie. Stałam tam, z wysoko uniesiona głową, wiedząc, że właśnie nadchodzi mój koniec. Nad czym myślałam? Nad tym, czy policjanci nie mogli by nic zrobić. Czy nie mogliby pomóc. Nie, nie bałam się. Nie, nie łapałam się resztek życia, nawet nie walczyłam. Czemu?... Bo wiedziałam cos, czego jeszcze nikt inny nie wiedział. Że Ricky znów nie działał sam. Gdy na samym początku wychyliłam się z dachu, patrzeć na trawnik, miałam konkretny cel. I zauważyłam to co chciałam. W tłumie, praktycznie zaraz za Jackiem majaczyła twarz Artura. Przyjrzałam mu się dokładnie. Zaciskał dłoń na kieszeni spodni, na dużej wypukłości. Wiedziałam co to jest od razu. Pistolet. Już wiedziałam, jaki jest plan- jeśli Ricky mnie nie wykończy, jeśli mu ucieknę, Artur ma zabić Jacka. A ja nie mogłam na to pozwolić.
Chłopak doszedł do mnie, i powoli odwrócił moja wolna rękę żyłą do twarzy. Spojrzał na mnie i uśmiechnął się psychopatycznie.
-Mam nadzieje, że nie boisz się strzykawek- zaśmiał się, i jednym ruchem wepchnął mi igłę w ramie. Zaczerpnęłam gwałtownie powietrza. Trafił w tętnice, a krew nie była niczym blokowana. Prędzej umrę z wykrwawienia, niż od trucizny. Ricky również to załapał, bo szybko wyjął opaskę uciskową z kieszeni, która, nie mam bladego pojęcia jak tam się znalazła. Potem puścił moją rękę, odszedł kilka kroków dalej i stanął, przechylając lekko głowę by ocenić swe dzieło. Trucizna zaczynała działać. Czułam ją, czułam jak się porusza, lekko szczypiąc w żyły. Moje serce zaczęło walić  cztery razy mocniej. Po kilku minutach zaczęło mi się kręcić w głowie. Przytrzymałam się słupa, podczas gdy Ricky odpiął mi kajdanki. I tak zginę, nikt nie zdąży mi podąć na czas odtrutki. Chłopak odłożył kluczki ki na szybę koło pistoletu i wziął broń. Uśmiechnął się do mnie.
-Wybacz, ze tak to się musiało skończyć- rzucił cicho, patrząc na mnie, i przyłożył sobie pistolet do głowy. Patrzyłam prosto na niego. Prosto w jego oczy. Były bez wyrazu, nie ukazywały nic. Już były martwe. Przełknęłam ślinę, nie odrywając wzroku od chłopaka. Padł wystrzał. Z głowy Rickiego popłynęła rzeka krwi, jednak nie wcelował tam gdzie zamierzał. Było pewne że zginie w przeciągu niecałych pięciu minut, jednak nie zginał na miejscu, tak jak planował. Teraz leżał na dachu, w kałuży własnej krwi, zanosząc się niepohamowanym, histerycznym śmiechem. Stałam nad nim, lekko się kołysząc, doskonale sobie zdając sprawę, że za chwilę również umrę.
-KIM!- wrzasnął Jack i pędem wbiegł do szkoły.
Spojrzałam w dół, patrząc na przerażone twarze ludzi. Teraz nic im nie grozi. „Zadbałam o to”- pomyślałam, i uśmiechnęłam się smutno. Ból w klatce piersiowej wciąż narastał.
-Kim!- krzyknął Jacka, wpadając na dach. Podbiegł od razu do mnie.
-Kim, Kim, Kimi, Kim- mówił dławiącym się głosem, dłońmi błądząc po mojej twarzy, wśród włosów. Uparcie patrzyłam w podłoże. Nagle usłyszeliśmy okropny, ochrypły, psychopatyczny wręcz śmiech.
-Teraz już nic jej nie pomoże. Nawet ty, tak bardzo zakochany nie zdołasz jej pomóc. Umrze. Tak jak powinna umrzeć w tedy w kopalni- wychrypiał Ricky i znów zaniósł się psychopatycznym śmiechem, który przeszedł w dławienie. Po sekundzie wypluł sporą dawkę krwi. Te słowa podziałały na Jacka jak płachta na byka. Jego twarz wykrzywił grymas wciekłości. Wiedziałam że chce odwrócić się i wykończyć Rickie’go. Za to że zniszczył mi życie. Za to że nie dał nam możliwości. Za to że mnie zniszczył, uśmiercił. Wiedziałam to. Ale mimo wszystko nie mogłam na to pozwolić.
-Jack, nie- powiedziałam łagodnie lecz stanowczo, kładąc mu dłoń na ramionach.
Chłopak spojrzał na mnie z tak wielkim smutkiem, tak wielkim bólem, i bezgraniczną miłością. Patrzyłam mu w oczy spokojnie, i gładziłam go lekko po włosach. Trucizna powoli, lecz nie powstrzymanie rozchodziła się po moim ciele, piecząc lekko w żyły. Wiedziałam że nie pozostało mi zbyt wiele czasu. Może 15-ście minut. Może mniej. Odwróciłam wzrok od Jacka i zaczęłam się po kolei przyglądać wszystkiemu co mnie otaczało. Przyjrzałam się słońcu cudownie odbijającemu się od lekko poruszanych wiatrem liści. Soczystej zieleni trawy, drgającej lekko. Byłam zaskoczona. Po raz pierwszy zobaczyła świat tak jasno: był taki żywy, wspaniały i cudowny. Pełen barw, kolorów, dźwięków. Czułam się oszołomiona, i tak niesamowicie szczęśliwa. Jakbym przez całe życie oglądała świat jedynie przez pryzmat, a teraz widziała go po raz pierwszy. To było cudowne. Widziałam wyraźnie wszystko. I czułam. Czułam delikatny, ciepły wiatr, który owiewał moje gołe nogi, i odrobinę rozwiewał włosy. Widziałam twarze ludzi, tak wyraźne, jakby były obrazem na płótnie, a nie realnymi postaciami. Słyszałam szum wiatru, grającego na drzewach, trawach, kwiatach. Zauważyłam że róża jest tak intensywnie czerwona. Pomyślałam o całym swym życiu. O wszystkim, co kiedykolwiek zrobiłam źle. O wszystkich sytuacjach, gdy postąpiłam okropnie. Mimo wszystko niczego nie żałowałam. Przypomniałam sobie wszystkie te wspaniałe chwile. Dłonie Jacka w moich włosach. Jego usta na moich. Jego usta, szepczące że mnie kocha. Nasz taniec na balu. Wszystkie sytuacje, gdy tak chciałam go po prostu przytulić, lecz nie pozwalała mi na to własna duma. Gdy się ze mną droczył. Ulgę, gdy zobaczyłam go w kopalni. Spojrzałam w oczy chłopaka. Jack przyglądał mi się, a w jego oczach majaczyły łzy. Uśmiechnęłam się do niego delikatnie. Nie chciałam umierać. Lecz tez nie panikowałam, nie pytałam dlaczego ja. Byłam z tym pogodzona. Żałowałam że nie pójdę na studia. Że nie stanę na ślubnym kobiercu. Że nie założę białej suknie ślubnej. Że nie będę mieć dzieci. Że nigdy nie zobaczę jak one dorastają. Zawsze, gdy myślałam o śmierci , nie bałam się jej. Bałam się, że odchodząc z tego świata, nie pozostawię po sobie niczego. Lecz teraz wiem, że to nie prawda. Pozostawię po sobie wspomnienia. Zostanę zapamiętana jako Kim Crawford. Królowa balu maturzystów. Najpopularniejsza, najpotężniejsza dziewczyna w mieście. I jedna z popularniejszych na świecie. Dziewczyna Jacka. Piękna, wspaniała. Uratowała szkołę i wiele ludzkich istnień. Wiedziałam, ze pozostawię po sobie ślad- w ludzkich sercach, w wspomnieniach
-Kim…- głos Jacka się załamał. Znów spojrzałam na niego.
-Jack… Kocham cię. Zawsze…-
-I na zawsze- powiedzieliśmy jednocześnie. Posłałam mu  delikatny uśmiech. Już nigdy go nie zobaczę. Już nigdy nie otworze oczu. Już nigdy nie napije się ulubionej latte. Nie wiedziałam co ma być. Wiedziałam jedno: nie chce umierać. Lecz wiedziałam też drugie: nie mam wyjścia. Więc lepiej się z tym pogodzić.
-Kim… Wiesz że jesteś, byłaś i zawsze będziesz moją jedyną, prawdziwą miłością?- zapytał Jack, gładząc mój policzek dłonią. Uśmiechnęłam się smutno.
-A ty moją…- odpowiedziałam cicho, patrząc na zachód słońca. Patrzyłam na jego złote promienie, czułam je na twarzy. Uśmiechnęłam się lekko. Przypomniała mi się scena w szpitalu, gdy tymi słowami wybudził mnie ze śpiączki. I scena w kopani, gdy po raz pierwszy mi to powiedział. Byłam pewna że odchodzę, a potem, gdy wybudziłam sie w szpitalu… Lecz teraz wiedziałam, że żegnam się z nim już na zawsze.
-Kocham cie Jack- odparłam, patrząc w dal. Widziałam słońce przebijające się przez gałęzie drzew. Lekko drgającą trawę. Do oczu nabiegły mi łzy, lecz tak szybko jak się pojawiły, równie szybko znikły. Jack szybko mnie pocałował, nie delikatnie, lecz zachłannie, namiętnie. Oderwał się ode mnie, podczas gdy ja przypominałam sobie wszystkie cudowne sceny mojego życia. Taką prywatną listę przebojów. Smak warg Jacka. Jego ramiona owinięte wokół mnie. Sposób w jaki wymawiał moje imię. Uśmiechnęłam się. Miłość dodawała mi odwagi. Szum fal na plaży. Słodki śpiew ptaków… Zapach nowego samochodu…
Wszystkie chwile zamknięte w tej jednej….


Więc oto koniec :). Wiem, zabijecie mnie XD. Jeszcze epilog, myślę że wyrobię sie na poniedziałek. Dziekuję wszystkim osoba które wytrwały w tej histori od poczatku do końca, a tagże tym którzy dopiero zaczeli przygodę z tym blogiem. Nie kończę całkowicie działaności, caś wymyślę na pewno. Myślę że seria: "Z dawnych lat..." przejdzie, mam również kilka innych pomysłów. Ale wszystkie one są wcześniejszą wersją tej histori, i wszystkie i tak kończa sie w tym momencie. Zobaczymy. Zawiodła mnie tochę ilość komentarzy pod ostatnim postem, lecz trudno, nie można mniec wszystkiego. Dziekuje jeszcze raz, i kocham was, na zawsze :) :*